Madagaskar 2025 - dzień 1

 Dawno mnie tu nie było.. wcale nie oznacza to, że postanowiłam zacząć wieść spokojne życie,  ustatkować się i zająć uprawą marchewki (choć od tego raczej nie jestem daleko bo na grządkach pomidory i bazylia 🤪), mój niespokojny duch ma się świetnie i dalej nie daje usiedzieć na tyłku tylko ciągle podszeptuje do ucha co by tu wykombinować 😁. Tak było też tym razem, chcąc wykorzystać sezon urlopowy w pracy, skorzystać z wakacji przed rozpoczęciem szkoły przez Squiczka wyszukałyśmy zwariowanego kierunku na wakacje. Madagaskar dawno chodził nam po głowie, zapach wanilii w ciastkach, lemury machające radośnie z telewizora nawoływały do eksploracji tego magicznego zakątka świata. 

Pakowanie to była moja zmora od wielu lat, nigdy tego nie lubiłam i myślałam że już zawsze będę dostawała gęsiej skórki na samą myśl o próbie upchnięcia  wszystkiego butem do za małego pudełeczka. Tym razem pakowanie zajęło 1h… dosłownie 🤣 Praca do ostatniej chwili, próba posprzątania domu po długiej nieobecności pomogły w walce z wrogiem i sprawiły że w jakiś magiczny sposób wszystko pomaszerowało do niej bez stresu. Tosiak też był współpracujący powtarzając ciągle „mamo, jak czegoś nie spakujemy to się kupi nowe 🤣🤣” .. chyba nie będę jej mówić że jedziemy do miejsca gdzie sklepy to rozłożona na ziemi chusta z wyłożonym skrzętnie całym dobytkiem w postaci 5 marchewek, 3 pomidorów i kubka fasoli. Jak tylko zda sobie sprawę ze lodów oreo w sklepie nie będzie, ba żadnych lodów to może jeszcze wprowadzić bunt na pokładzie 🤪. 

Podróż rozpoczynałyśmy w Poznaniu, był to bezpośredni lot z Nosy Be. Lot zaplanowany był na godzinę 19.25, co przy ponad 10h podróży z mniejszym pasażerem jest najlepszym rozwiązaniem. Zarówno odprawa jak i oczekiwanie na boarding poszło bardzo sprawnie a Tosia po kilku kujbaskach, bułeczkach mlecznych oraz herbatce miętowej ułożyła się pięknie do snu zakładając mamuśce nogi na głowę bo jak to powiedziała „robię sobie strefę VIP w samolocie”. 

Na Nosy Be wylądowaliśmy o 6.20 lokalnego czasu (+1h). Terminal lotniska stanowiły blaszane baraki postawione jeden obok drugiego. Po wyjściu z samolotu trzeba było ustawić się w kolejce do odprawy paszportowej i wizowej. Niestety Madagaskar nie jest najbardziej cywilizowanym miejscem dlatego odprawy potrafią zająć nawet kilka godzin, ja z Tosia mamy już wypracowaną technikę na płaczące zmęczone dziecko, co znacznie pomaga skrócić czas oczekiwania 🤪😂.  

Hotel do którego trafiłyśmy okazał się bardzo urokliwy, niewielki w afrykańskim stylu - rzeźbione drewniane elementy, dachy pokryte liśćmi palmowymi z piękną plaża i widokiem na Ocean Indyjski. Squiczek jak to mały ciekawski osobnik pierwsze co zrobił to rozpoczął eksplorację. Wybrałyśmy się na długą wycieczkę brzegiem oceanu w trakcie odpływu szukając morskich skarbów. Naszym pierwszym odkryciem był duży krabik wyciągnięty z piaskowego mułu, Tosiak nie obawiając się go zupełnie zaczęła łapać bo za szczypce i obserwować. Nie mielą dłuższą chwilą i pojawiła się madagaskarska rodzinka z wiaderkiem pytająca czy mogą go zabrać na obiad 😜. Moje dziecię w pierwszej chwili skonsternowane zgodziło się jednak powtarzając później do końca dnia, ze lokalne dzieci miały dzięki niej pełne brzuszki 😁. Kolejne były zabawy w namorzynowym błotku i łapanie kameleonów na krzakach 🤪. 

Pierwsze wrażenie ? Jest przepięknie, cała przyroda niesamowita, ludzie bardzo mili i mało natarczywi w przeciwieństwie do Zanzibaru gdzie co chwilę ktoś podbiegał i próbował nam sprzedać jakieś duperelki. 

Jutro czeka nas wyprawa na lokalne wyspy w poszukiwaniu zwierzaków 🥰. 

















Komentarze