Dominikana - dzień 3

 Dzisiejszy dzień nie rozpoczął się zbyt dobrze. Mały towarzysz nie obudził się w najlepszym nastroju i konieczne było poświęcenie większej ilości czasu na jego poprawę. Pogoda od rana też nie zapowiadała się najlepiej, było bardzo pochmurno i trochę kropił deszcz, dlatego dałyśmy sobie trochę czasu na „rozruch”. 

Pogoda w ciągu dnia wielokrotnie się zmieniała, na zmianę chmury i słońce i do tego silny wiatr, zrezygnowałyśmy więc dzisiaj z plażowania i postanowiłyśmy spędzić dzień w przyhotelowym basenie. Tośka szalała na całego udając, że jest syrenką wyławiającą muszelki, muszelek co prawda nie było ale wiatr spowodował, że w basenie było bardzo dużo liści z pobliskich drzew, resztę zrobiła dziecięca wyobraźnia ☺️.

Dzisiejszy dzień nie należał też do najlepszych jeśli chodzi o jedzenie, pomimo dużego wyboru przeróżnych smakołyków moja mała pociecha stwierdziła, że chce ją zagłodzić bo jedyne co jest zdatne do jedzenia to pizza a nie może jej ciągle jeść. Ostatecznie zjadła sam makaron bez dodatków, stwierdzając, że nie jedzie na kolejne wakacje bez słoika pesto 😂. Muszę zapamiętać, żeby nie pakować „niepotrzebnych rupieci” jak nazwała sporej wielkości apteczkę, bo tak naprawdę towarem pierwszej potrzeby jest zielona papka z bazylii i orzeszków piniowych.

Dzień mijał nam leniwie na kąpielach do czasu kiedy w kompleksie basenowym rozpoczęło się „piana party” czyli spełnienie marzeń każdego dziecka o kąpieli w ogromnej wannie. Całość imprezy prowadzona była przez zespół animatorów którzy puszczali muzykę z DJki, część z nich tańczyła i pokazywała kroki zgromadzonym w niecce basenu a część rozpylała dookoła pianę w ogromnych ilościach za pomocą armatek wielkości betoniarki. W Tosię na ten widok wstąpił imprezowy szaleniec 😂, tańczyła i skakała pomiędzy całą masą ludzi zakryta po sam czubek głowy pianą. Nie pomogły upominania mamy, że powinna stać obok bo w tłumie może się zgubić i zwłaszcza w wodzie jest to niebezpieczne, biegła jak szalona w kierunku piany, żeby być pod samą armatką. Dla wszystkich którzy ją obserwowali była większa atrakcja niż sama piana, co jakiś czas czy to ja czy inni znajdujący się obok ludzie wyciągali ją z wody (piany) żeby mogła chociaż nabrać powietrza. Nie do ogarnięcia. Patrzyłam na moje dziecko i zastanawiałam się co za chochlik w nią wstąpił i po kim z niej taki imprezowy zwierz 😂. Na szczęście impreza trwała tylko 1h, dłużej pewnie nie wytrzymało by moje matczyne gołębie serce i szyja od ciągłego skręcania w poszukiwaniu małego piankowego ludzika. 

Tosia oczywiście nie była zadowolona, że już koniec i stwierdziła, że musimy sprawić sobie taką armatkę do domu… dobrze, że z pewnych rzeczy się wyrasta inaczej strach pomyśleć jakby wyglądał jej dom w przyszłości 😜. 

Jak zawsze po takiej ilości wrażeń skończyło się ekspresowa kolacja i mamotaksówką do hotelu, bo brakło już sił na chodzenie. Jutro kolejny dzień przed nami, na szczęście nie planują znowu bąbelkowych rozrywek 😁. 











Komentarze