Czas na kolejną wyprawę Squiczków i kolejny wpis, tym razem celem naszej wyprawy jest Zanzibar 😊🌴.
Długo zastanawiałyśmy się nad celem podróży, plany były ambitne bo moje ukochane dziecię po nieudanej wycieczce do Meksyku liczyło, że uda nam się odwiedzić ten kierunek jeszcze w tym roku. Niestety,
lub może stety ostatnie zmiany w naszym życiu, oraz ceny wycieczek spowodowały, że trzeba było przełożyć ten plan i tak padło na Tanzanię i Zanzibar, który też był na naszej wakacyjnej bucket list 😊.
Naszą wakacyjną przygodę rozpoczęłyśmy na lotniku w Poznaniu i jak to z nami nie mogło obyć się bez przygód już na samym początku 😂. Lot zaplanowany był na godzinę 7.30 29.07, jednak z uwagi na roztargnionego podróżnego, który był tak podekscytowany wakacjami, że zapomniał o jednym ze swoich bagaży co wywołało alarm bombowy na lotnisku, lot się opóźnił. Kiedy udało się nam już jednak zająć wymarzone miejsca w samolocie i liczyłyśmy, że „przygody”tego typu mamy za sobą okazało się, że to dopiero początek.
W trakcie lotu jedna z pasażerek nie czuła się najlepiej, było jej duszno i parę razy zasłabła, każdy z uczestników podróży liczył jednak że to tylko emocje i nic poważniejszego gdyż ewentualne poważniejsze schorzenia mogły nas na dłuższy czas uziemić w trakcie międzylądowania… jak się można spodziewać nadzieję były płonne. Pani w trakcie postoju na tankowanie „odjechała” i kiedy przez głośniki na pokładzie padło magiczne „czy leci z nami lekarz ?” nikt już nie współczuł kobiecie która zaliczyła twarde lądowanie na podłodze w samolotowej toalecie, a jedyne co można było usłyszeć to „no nieeeeeeee …”. Lekarz na szczęście się znalazł, zarówno na pokładzie jak i na Egipskim lotnisku ubrany w poszarpany kitel w kolorze kiedyś przypominającym biel. Panowie za kotarką cucili Panią, okazując jej dużo troski i współczucia, przeglądali jej leki i zastanawiali się co by tu jej zaaplikować. W tym samym czasie, współpasażerowie w tym ja 🤪 zastanawialiśmy się czy nie lepiej było by porzucić Panią na płycie lotniska i udać się w dalszą podróż. I nie chodzi o mój brak empatii, bardziej o troskę o pozostałych, samolot stojąc na płycie miał otwarte drzwi w związku z tym klimatyzacja nie działała dlatego temperatura wewnątrz zaczynała dokuczać pozostałym… nic tylko czekać na kolejną akcję ratunkową.
Mijały kolejne minuty i nagle pilot poinformował nas o awarii samolotu… no tak, przegrzał się pewnie tak jak i my w Egipskim słońcu. Obsluga lotniska w Hurgadzie zorganizowała nam autokary które miały zabrać nas do terminala, żebyśmy mogli trochę się ochłodzić. Tylko jak to bywa w mało cywilizowanych krajach z samolotu przenieśli nas do autokarów i przez ponad pół godziny trzymali na płycie lotniska pomiędzy startującymi samolotami… gorące powietrze, zapach paliwa lotniczego, wymarzone wakacje jak nic 😳. Kiedy udało nam się w końcu przedostać na terminal zostaliśmy zamknięci w szklanym pomieszczeniu i czekaliśmy na rozwój sytuacji.
Mój mały squiczek był bardzo dzielny, uprzyjemniał sobie czas robiąc na krzesłach poczekalni rysunki znalezioną gdzieś kredą, pewnie w innych okolicznościach taki akt wandalizmu nie znalazł by mojego poparcia, ale biorąc pod uwagę fakt niedotlenienia i odwodnienia, wydawało mi się to zabawne 🤪.
Po ponad 3h, nowy samolot był gotowy do drogi…
Na Zanzibarze wylądowałyśmy o 22.30, czekała nas jeszcze przeprawa z wizami, oczekiwane na bagaże i transport do hotelu do którego udało się dojechać o 1.30. Po takiej podróży, człowiek jest już tak zmęczony, że nie ma siły narzekać i cieszy się ze wszystkiego, choćby z otrzymanej przez biuro podróży butelki zmrożonej wody i to już szczyt szczęścia. Tonia oczywiście zabrała 3 butelki, twierdząc że musimy ją zabrać na zapas bo później może już nie być nic do picia 😂. Jest to oczywiście dowodem na to, że miejsce urodzenia (w jej przypadku Poznań) zostawia trwałe piętno na osobowości 😜, mam jednak nadzieję że ta podróż nie zostawi i dalej będzie chciała zwiedzać z mamą świat 😉.







Komentarze
Prześlij komentarz